O czym jest ten artykuł
W klasach wczesnoszkolnych emocjonalne rozmowy stają się coraz głośniejsze, podczas gdy granice stają się coraz cichsze. Oczekuje się, że nauczyciele będą absorbować bicie, gryzienie i kopanie - i delikatnie się uśmiechać. Rodzice są zaniepokojeni. Szkoły są ostrożne. Gdzieś pomiędzy, autorytet stał się podejrzany. Ta refleksja zadaje trudne pytanie: kiedy spokojna stanowczość stała się czymś, za co czujemy potrzebę przepraszania?
Ktoś musi być odpowiedzialny
Myślałem o tym więcej niż zamierzałem.
Zacząłem od czytania raportów - ankiet edukacyjnych, danych dotyczących zdrowia psychicznego, podsumowań po pandemii - wszystkie napisane ostrożnym, wyważonym językiem. Mówią o dobrym samopoczuciu emocjonalnym, wyzwaniach związanych z zachowaniem i rosnącym stresie w szkołach. Wszystko to jest prawdą.
Raporty te nie opisują jednak ukłucia w ramię, podczas gdy dwadzieścioro trzylatków obserwuje, co stanie się dalej.
Nie opisują one bycia kopniętym w goleń i słyszenia siebie mówiącego: “W porządku”, gdy bardzo wyraźnie nie jest to w porządku.
Nie opisują cichego oczekiwania, że nauczyciel musi absorbować fizyczną agresję, jakby była ona po prostu szczegółem zawodowym, jak brokat na butach lub farba na rękawie.
Bądźmy szczerzy.
Kopanie, drapanie, gryzienie lub uderzanie jest niedopuszczalne. Jest to niedopuszczalne dla dziecka, nauczyciela lub kogokolwiek innego.
A jednak wielu nauczycieli po cichu przyznaje, że waha się przed zdecydowaną reakcją. Są ostrożni. Są wyważeni. Uważają, by nie sprawiać wrażenia surowych. Gdzieś po drodze stanowczość zaczęła wyglądać podejrzanie.
Kiedy to się stało?
W klasach wczesnoszkolnych pięknie mówimy o uczuciach. Weryfikujemy emocje. Regulujemy i współregulujemy. Określamy stany emocjonalne z imponującą płynnością.
Ale kiedy stopa dziecka gwałtownie łączy się z kolanem, sama walidacja nie rozwiązuje sytuacji. Robi to bezpieczeństwo.
Bezpieczeństwo obejmuje również dorosłych.
Krąży narracja, uprzejma i uporczywa, sugerująca, że dziecko nie może zostać skrzywdzone, nie może czuć się zawstydzone i nie może doświadczać cierpienia. Oczywiście to prawda. Żaden nauczyciel nie budzi się z nadzieją, że skrzywdzi dziecko. Nie jesteśmy złoczyńcami w wykrochmalonych kardiganach, knującymi emocjonalne szkody między czasem na przekąskę a czasem na opowieść.
Jesteśmy matkami. Jesteśmy kobietami. Jesteśmy opiekunkami. Jesteśmy ludźmi.
Nie chcemy, by maluchy się bały. Jednocześnie nie powinniśmy oczekiwać, że będziemy spokojnie znosić krzywdę w imię łagodności.
Jeśli dziecko gryzie, musi przestać.
Jeśli dziecko kopie, musi przestać.
Jeśli dziecko rzuca przedmiotami w innych, musi przestać.
To musi się skończyć spokojnie, wyraźnie i natychmiast.
Istnieje różnica między karą a ochroną i gdzieś po drodze te dwie idee zostały pomieszane.
Pamiętam jedno szczególne popołudnie, kiedy dziecko całkowicie straciło kontrolę. Krzyczało, rzucało klockami i próbowało uderzyć kogokolwiek, kto był najbliżej. Nie był dostępny żaden dodatkowy pracownik i nie nadeszła szybka pomoc. Byłam tylko ja i pokój pełen bardzo małych obserwatorów chłonących każdą sekundę.
Przytrzymałam go mocno od tyłu, by nie zrobił krzywdy sobie lub innemu dziecku. Drapał moje ramiona na tyle mocno, że zostawiał ślady. Pchnął mnie z powrotem w twarz, a moje mięśnie płonęły od wysiłku utrzymania równowagi.
Jednocześnie zdawałem sobie sprawę z niewidzialnej publiczności, która często istnieje teraz - wyimaginowana skarga, potencjalne spotkanie, staranne wyjaśnienie, które może nastąpić. Bądź delikatny. Bądź ostrożny. Nie denerwuj się.
Tymczasem dwadzieścioro innych dzieci uczyło się czegoś bardzo ważnego. Uczyły się, czy dorosły w pokoju może to wytrzymać.
Kiedy mówię: “To się teraz skończy” spokojnym i miarowym głosem, nie jest to agresja. To opanowanie. Jest to wiadomość dla każdego obecnego dziecka, że jest bezpieczne, ponieważ ktoś kontroluje sytuację.
Oto niewygodna prawda.
Kiedy nauczyciel przyjmuje agresję bez odpowiedzi, spokojne dzieci kurczą się. Niespokojne dziecko staje się czujne. Wrażliwe dziecko uczy się, że chaos jest tolerowany. Dziecko, które eskaluje, uczy się, że eskalacja działa.
Często mówimy o ochronie dziecka, które eksploduje, ale rzadziej mówimy o ochronie dzieci, które przeżywają eksplozję.
I tak, musimy również porozmawiać o rodzicach.
Dlaczego spotkania dotyczące zachowania są często reaktywne, a nie proaktywne? Dlaczego wahamy się powiedzieć stanowczo i z szacunkiem: “Tak dalej być nie może”? Dlaczego czasami wydaje się, że szkoły muszą przekonywać rodziców, że granice nie są okrucieństwem?
Czy staliśmy się tak ostrożni, by wyglądać na surowych, że unikamy koniecznych rozmów?
Rodzice nie są wrogami. Są zmęczeni i zmagają się ze współczesną presją, do której nikt z nas nie został formalnie przeszkolony. Partnerstwo wymaga jednak szczerości. Zaufania nie buduje się poprzez unikanie dyskomfortu; buduje się je poprzez jasność.
Jeśli dziecko krzywdzi personel lub rówieśników, rozmowa musi się odbyć. Nie może się ona odbywać w formie oskarżeń, ale w zgodzie.
Wszyscy chcemy tego samego, czyli bezpieczeństwa.
Dotyczy to również nauczyciela.
Autorytet to nie dominacja. Autorytet to cicha decyzja o utrzymaniu pokoju w spokoju, gdy emocje rosną. To usunięcie bloku, który został rzucony. To wejście między dwoje dzieci. To mówienie "nie" i oznaczanie tego.
Można to zrobić bez krzyków, bez upokorzeń i bez przeprosin.
Gdzieś po drodze zaczęliśmy traktować stanowczość tak, jakby była reliktem z ostrzejszej epoki, jakby powiedzenie “dość” mogło trwale zaszkodzić dziecku.
Dzieci są znacznie bardziej odporne, niż sugeruje nasz niepokój. To, co je destabilizuje, to niespójność. Tym, co je uspokaja, jest jasność.
Obserwowałem, jak dzieci o silnej woli uspokajają się, gdy granice są przewidywalne. Widziałem, jak niespokojne dzieci wyraźnie się rozluźniają, gdy dorosły, który za nie odpowiada, nie waha się. Widziałem też, jak nauczyciele po cichu wątpili w siebie, gdy robili dokładnie to, co było konieczne.
To mnie martwi.
Ponieważ ktoś musi być odpowiedzialny.
Nie po to, by kontrolować. Nie po to, by zastraszać. Ale po to, by chronić każdą osobę w tym pomieszczeniu, w tym osobę dorosłą.
Być może prawdziwym pytaniem nie jest to, czy dzieci powinny być chronione, bo oczywiście powinny.
Prawdziwe pytanie brzmi, dlaczego ochrona nauczyciela stała się kontrowersyjna.
Czy tak bardzo boimy się, że wydamy się surowi, że zapominamy, że nauczyciele też są ludźmi?
Wciąż się nad tym zastanawiam.
Czy pomyliliśmy uprzejmość z pobłażliwością? Czy pomyliliśmy stanowczość z surowością? Czy istnieje sposób na bardziej otwarte mówienie o bezpieczeństwie nauczycieli bez narażania się na oskarżenia o brak współczucia?
Nie twierdzę, że mam ostatnie słowo.
Wiem tylko tyle.
Kiedy dorosły jest spokojny i stanowczy, większość dzieci robi wydech.
I być może, we wszystkich naszych ostrożnych rozmowach na temat bezpieczeństwa emocjonalnego, musimy pamiętać, że bezpieczeństwo należy do wszystkich w pokoju.
Naprawdę chciałbym usłyszeć twoje przemyślenia.
Czy coś przeoczyłem?
A może nadszedł czas, abyśmy delikatnie, ale wyraźnie przyznali, że ktoś musi przytrzymać drzwi, gdy wiatr zaczyna na nie napierać?